Półmaraton Warszawski 2017

Po rewelacyjnych dla mnie startach w Biegu Powstania Wielkopolskiego i Maniackiej Dziesiątce uwierzyłem, że tempo około 4:10 min/km jest realne. Realne? – pod warunkiem, że nie więcej niż przez 10 km. Co jednak zrobić z półmaratonem…

Półmaraton biegłem dotąd 2 razy. Pierwszy rok temu w tempie 4:50, drugi był biegany na spokojnie bo tydzień przed Koroną Dąbrówki 2016, na której mi bardzo zależało i jeszcze trzeci to 1 połowa Poznań Maratonu przebiegnięta w tempie 4:39 co potem się zemściło. Nie wiedziałem kompletnie jakie tempo mam biec w Warszawie. Wrzuciłem więc mój czas z Maniackiej 39:50 w kalkulator i wyszło mi, że w połówce mogę wybiegać 1:27:53, co oznacza tempo 4:09. Zupełnie nie wyobrażałem sobie pobiec w takim tempie. 4:30 to tak, ale wtedy daje to czas 1:35:00. Pomyślałem więc o złamaniu 1:30:00, jako celu. Mocno się wahałem co zrobić. I dopiero dzień przed startem postanowiłem tak. Pobiegnę z pacemakerami na 1:30 i jak się uda to super. Jak nie to doczłapię – jakoś… Miałem jechać z żoną Justynką jako kibicem, więc w razie co przewidziałem dla niej rolę ratowniczki. Już mnie raz zbierała po maratonie, więc wie co i jak 🙂

Do Warszawy pojechaliśmy w dniu startu, co oznaczało pobudkę o 4 rano. Ponieważ tego dnia była zmiana czasu, więc w praktyce 3! Dojechaliśmy krótko po 7 i zaparkowaliśmy
bardzo blisko startu, ale w takim miejscu, żebyśmy mogli swobodnie odjechać niezależnie od czasu trwania biegu. Poszliśmy na mały rekonesans, strzeliliśmy fotę w miejscu z cyklu musisz zobaczyć i zalegliśmy w kawiarni 200 m od startu. Przez 1 h trochę piłem kawę i oczywiście zwiedzałem kawiarnianą toaletę. W sumie 4 razy. Biegaczy było coraz więcej, więc i kolejki były coraz dłuższe:)

Potem jeszcze poszedłem na fotę z ekipą Rebellion Of Free Runners. Wiało i było zimno.  

Potem znowu kawiarnia na pół godziny. Przez te 1,5 h żona mnie więcej nie widziała, niż widziała, bo albo byłem w toalecie, albo w kolejce do toalety, albo na focie ze znajomymi 🙂  30 minut przed startem poszedłem. Zrobiłem 15 minut rozgrzewki, zaliczyłem jeszcze na wszelki wypadek Toi Toi-a i ustawiłem się w swojej strefie za pacerami 1:30. Trochę miałem do nich daleko. Chyba wielu chciało taki czas pobiec 🙂

Start i poszliśmy. Peleton się rozciągnął i miałem jakieś 100 m do zajęcy, no i oczywiście ciężko było z wyprzedzaniem. Chciałem ich w miarę szybko dogonić, ale bez rwanego tempa. Co skutkowało tym, że zbliżenie się na 30 m zajęło mi jakieś 2 km. W sumie to bardzo dobrze, bo to pierwszy mój start w życiu, gdzie nie pobiegłem za szybko 1 km! Biegło mi się komfortowo i mogłem biec za innymi zawodnikami wykorzystując ich tunel powietrzny. To kolejne dla mnie nowe doświadczenie i takie spostrzeżenie. Niektórzy biegacze biegną dziwnie: a to krzywą mają sylwetkę, a to jakoś im dziwnie nogi latają, a to ręce. Nie wiem może i ja tak biegam, ale biegnąc za takim połamańcem nie mogłem złapać swojego rytmu. NO MYLILI MI! Musiałem więc biec za kimś, kto nie jest z Ministerstwa Dziwnych Kroków. Tempo cały czas w okolicach 4:15 i pełen luz – przynajmniej do 10 km 🙂

Na 11 km umówiłem się z żoną, choć nie byłem pewien czy przyjdzie, bo ze względu na zimno miała jednak zostać w kawiarni. Nie ukrywam, że liczyłem że będzie. No i była. Szybki buziak, wyznanie miłości i pobiegłem dalej. A że to było na podbiegu, to niesiony euforią wbiegłem na 1 most jak na skrzydłach. Od tego momentu zastanawiałem się co dalej. Sprawdziłem tętno na zegarku i 174 pokazało. Szok – tak dużo. Normalnie nie patrzę na tętno, żeby się nie przestraszać, ale popatrzyłem. Czułem się jednak dobrze. Lecimy wiec dalej.

Ponieważ zegarek trochę inaczej liczy km, to co jakiś czas sprawdzałem międzyczasy na poszczególnych kilometrach. Nie przygotowałem sobie paska na rękę, więc musiałem liczyć. 4:15 x3 x7 x11 x15, ehh. Czasami liczyłem międzyczas na dany kilometr dłużej niż go biegłem. Musiałem więc liczyć kolejny 🙂 Koło 15 km jakoś tak zaczęliśmy tracić zapas jaki mieliśmy. Do tego jeden z pacerów wyraźnie zaczął zwalniać. Pomyślałem sobie no to pięknie – jeszcze on wysiadł. Po chwili okazało się jednak, że zaczął nas dopingować abyśmy podciągnęli. Muszę powiedzieć, że facet wykonał na tych kilometrach super robotę. Kilka razy zwalniał, dopingował, doganiał z maruderami do pierwszego, który trzymał tempo i wracał po następnych. Przed drugim mostem dogoniłem pierwszego pacera. Ekipa 1:30 dość mocno była przerzedzona. Zaczęły się 2 podbiegi na 19 km . Czułem moc, ale stwierdziłem, że nie wyrywam się do przodu, tylko biegnę ze wszystkimi. Po drugim podbiegu kiedy do mety zostały jakieś 2 km. Pacer krzyknął że kto ma siłę niech leci do przodu.

Pobiegłem więc jak na skrzydłach 🙂 Ostatnia prosta i moje 333 metrów biegane tyłem. Szczerze mówiąc pobiegłem mniej, ale pobiegłem i wpadłem na metę z czasem netto 1:29:13. Nowa życiówka i to jaka! Ale byłem szczęśliwy. W zamyśle ten start miał być sprawdzianem i najmocniejszym akcentem przed Cracovia Maraton, a wyszło takie coś 🙂 Wiedziałem, że Justynka śledzi cały czas moje poczynania, że pojechała dla mnie i dawało mi to niesamowitego kopa. Kolejny raz przekraczam barierę i kolejny raz przekonuję się jak ważne jest wsparcie bliskich. Nie tylko na starcie, ale cały czas!

Na koniec wyjaśnienie, dlaczego biegłem tyłem. Pobiegłem w ramach akcji Biegam Dobrze, gdzie warunkiem wystąpienia w biegu było zebranie odpowiedniej kwoty pieniędzy. Udało mi się zebrać dla Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę 345 zł. W podziękowaniu dla tych którzy mnie wsparli ostatnie metry biegłem tyłem. Jeszcze raz wszystkim dziękuję 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *