Maniacka Dziesiątka – kłamstewka i umieranie

Maniacka Dziesiątka – szybki bieg gdzie robimy życiówki 🙂 Zapisując się na Maniacką chciałem zejść poniżej 40 minut. O tym że to trudne zadanie wiedziałem. Aby tego dokonać musiałem dobrze potrenować i trafić na dobry dzień do biegania. 

Z reguły w biegach sami podajemy w jakiej strefie startowej chcemy biec. Na Maniackiej, podajemy swój PB i system odpowiednio nas przydziela. Mój PB przy zapisach wynosił 43:29 (z maja 2016). Kiedy w grudniu przebiegłem w 41:23 Bieg Powstania Wielkopolskiego to zdecydowałem, że spróbuję połamać 40 minut na Maniackiej. Napisałem więc do organizatorów prośbę o przepisanie do strefy poniżej 40 minut. Niestety nie podzielili mojego entuzjazmu i stwierdzili, że nie dam rady. Trochę przyznam się zgrzałem, ale…

W styczniu biegałem spokojne wybiegania, pracując jednocześnie nad zmianą techniki (więcej poczytaj tu). W lutym niestety zaczęło się komplikować, bo jak tylko nieco przyśpieszyłem to zaczęły się problemy z łydkami, piszczelami, potem podeszwą a przed Maniacką doszedł jeszcze achilles. O tym wszystkim będzie osobny wpis. Tak więc w lutym mój kilometraż drastycznie spadł. Nadrabiałem to trochę rowerem stacjonarnym i miną. Przystępując do Maniackiej stwierdziłem, że nie oczekuję tego o czym marzyłem. Moim najważniejszym startem wiosny ma być Cracovia Maraton i tego się trzymam a 40 minut spróbuję złamać jesienią 🙂

Dzień przed biegiem ustaliłem następującą taktykę. Specjalna stylówa skarpetkowa + biegnę poniżej 4 min/km i ile dam radę tyle ponabiegam 🙂 Jak się za bardzo zmasakruję to dobiegnę jak dobiegnę. Na zasadzie kto nie ryzykuje ten nie pije szampana. Od grudnia jeśli chodzi o trening to jedyne co udało mi się zrobić to zastosować trening BMI i schudnąć 3 kg. Wg kalkulatorów to powinno wystarczyć aby osiągnąć zakładany wynik. Do tego szybsza – bo płaska i asfaltowa – trasa od tej gdzie poprzednio ustanowiłem PB, więc…

Kiedy pojawiliśmy się z kolegą na starcie czułem się bardzo dobrze. Pięta zatapowana (poobklejana plastrami), pogoda bardzo fajna. Po rozgrzewce poszliśmy do swojej strefy, gdzie jak to na takich imprezach bywa ludzie przemieszani, bo po co się przejmować czymś takim jak strefa. Czytałem wprawdzie, że gdzieś tam na początku zapisów system działał błędnie i pierwszych kilkaset osób było przypisanych do strefy najwolniejszej, ale jak patrzyłem na brzuchy ludzi, którzy zostali przypisani do strefy 40-45 minut to wiedziałem, że komuś się coś bardzo pomyliło z tym wynikiem 🙂

No dobra nie ma co marudzić, trzeba robić swoje. Początek trasy jest lekko z górki i po przekroczeniu linii startu mieliśmy do dyspozycji 4 pasy. Całe szczęście bo musiałem wyprzedzić całe tabuny biegaczy. Parę razy traciłem przez to rytm, no ale nie było najgorzej.

Pierwszy kilometr zrobiłem w czasie 3:48 – czyli jak zwykle za szybko:) Zwolniłem i trzymałem 3:55 min/km. Biegło mi się bardzo fajnie, choć start z tak odległej pozycji spowodował, że nie mogłem się pod nikogo „podczepić” – musiałem cały czas wyprzedzać. No ale skoro organizator we mnie nie uwierzył, a ja uczciwie stanąłem w pobliżu flagi oznaczającej moją strefę, to potem tak jest.

Do połowy dystansu, utrzymywałem równe tempo i trochę się zdziwiłem, że nawet nie czułem jakiegoś ogromnego zmęczenia. Zegarek pokazywał, że tempo jest jak najbardziej ok.  Na 5,5 km był dość długi podbieg – choć łagodny – i od tego momentu czułem jak powoli rośnie moje zmęczenie. Złapała mnie lekka kolka. Na szczęście nauczyłem się, że ten ból trzeba przetrwać. Po kilometrze puściła i do 7 km było w miarę fajnie. Cały czas wyprzedzałem. Niecałe 3 km do mety to już bieg wzdłuż jeziora Malta, gdzie widać jego drugi koniec i metę. Pomyślałem, że skoro już tu jestem z taaaaakim czasem to dam radę. Jakieś 800 metrów później zrobiono mi poniższe zdjęcie i sam za bardzo nie wiem co myślałem 🙂

Zdjęcie użytkownika PhotoMis.

Po kolejnych 500 m nie kontrolowałem już niczego, przebierałem nogami. Przebiegając obok pomocy medycznej wyobrażałem sobie, że może rzucę się obok nich i niech mnie ratują. Naprawdę miałem dość. Sam nie wiedziałem co mam robić aby dotrwać. 1500 metrów to dużo. Pomyślałem sobie wtedy, że to tylko 6 minut. Jak na maratonie zarżnąłem się to od 30 km umierałem przez ponad godzinę a tu tylko 6 minutek 🙂 Do tego złamanie 40 minut!. Przez kolejne 500 metrów co chwilę zmieniałem decyzję czy biec na życiówkę, czy umrzeć. Na szczęście moje ciało nie brało udziału w tych dywagacjach i nie zmieniało co chwilę decyzji. Ostatni km zwolniłem, choć bezwiednie (tempo wyszło 4:06) i myślałem tylko aby się nie wywalić, aby dobiec. Na jakieś 200 m przed metą kibicujący kolega  mnie wypatrzył i zawołał. Krzyknąłem, że właśnie łamię 40 minut i na tej myśli dopędziłem do mety 🙂

Czas na mecie 39:50 netto. JEEEEEST złamałem 40 minut! Byłem szczęśliwy choć… Wg zegarka Polar M400, miałem na 9 km zapas koło 45 sekund. Straciłem na ostatnim km 6 sekund. Co więc się stało. No stało się tak, że zegarek przekłamuje. Wg niego przebiegłem 10,12 km i tu straciłem. Co ciekawe jak zgrałem ten trening do Endomondo, które sobie samo przelicza odległość, to pokazało mi że każdy km biegłem jednak trochę wolniej niż pokazywał Polar. Gdybym więc biegł wg zegarka po 3:59 min/km to bym baaardzo się zdziwił. Trzeba o tym pamiętać:) Swoją drogą lepiej by było aby system przekłamywał w drugą stronę.

W takich biegach jest tak, że na początku biegnie ciało a na końcu głowa. Człowiek łapie myśli, które pozwalają mu przetrwać kolejne kilkaset metrów, czasami kilkadziesiąt. Ja trochę się oszukuję. Mówię sobie, że za zakrętem pozwolę sobie zwolnić, albo jeszcze ten podbieg, albo z górki nie będziemy zwalniać, ale jak tylko będzie płasko… Takie małe kłamstewka w czasie umierania 🙂 Do tego nieoceniony doping kibiców i tak to wyglądało 🙂

8 odpowiedzi do “Maniacka Dziesiątka – kłamstewka i umieranie”

  1. Pół żartem, pół serio to strach pomyśleć do ilu zejdziesz jak osiągniesz zamierzone BMI i poprawisz technikę ze śródstopia.
    A zupełnie poważnie to super rezultat, w czym upatrujesz tak duży progres w stosunku do maja, bo z tego co czytałem nie do końca realizowałeś swoje plany treningowe.

    1. Jacek, jeśli chodzi o technikę to niestety ale postanowiłem to zarzucić. Zrobię o tym wpis. W skrócie to jestem chyba za stary i taka zmiana to za dużo problemów z kontuzjami.
      Wiesz co, tak za bardzo nie mam pojęcia z czego ten progres, ale myślę że:
      – crossfit
      – mniej zarzynania się typu interwały, podbiegi (przeginałem z tym)
      – potencjał – serio zaczynam w to wierzyć. Bo moje 43 minuty wzięło się z 4 miesięcy dobrego trenowania 🙂 gdzie rok wcześniej miałem 52 życiówkę 🙂
      – waga

      1. Też się nie zarzynam i liczę na potencjał dlatego atakuję 3:45 w maratonie, a Tobie życzę 3:30 lub niżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *